Polecamy
Góry sowie
Kompleks Osówka
Walim
Zagórze Śląskie
Zamek Książ
Arboretum w Wojsławicach
Palmiarnia Wałbrzych
Szczawno Zdrój
Bagieniec
Skansen w Jaworzynie
Kościół Pokoju
Pałac w Kraskowie
Muzeum Przemysłu
Czerwony Baron
Inne ciekawe miejsca

Manfred Albrecht Freiherr von Richthofen


Manfred Richthofen(ur. 2 maja 1892 w Borku, zm. 21 kwietnia 1918) - niemiecki lotnik - największy as myśliwski okresu I wojny światowej, nazywany "Czerwonym Baronem". Odniósł 80 zwycięstw powietrznych.

Urodził się w Borku (Kleinburg), obecnie część Wrocławia, w średniozamożnej pruskiej rodzinie arystokratycznej, posiadającej dziedziczny tytuł barona (niem. Freiherr) jako drugie z czworga dzieci: barona Albrechta von Richthofena i jego małżonki Kunegundy z domu von Schickfus und Neudorff. W wieku 9 lat przeprowadził się z rodzicami do Świdnicy. Uczęszczał do szkół wojskowych, a następnie w 1911 roku rozpoczął karierę wojskową, wstępując do kawalerii i służąc w 1. pułku ułanów Kaiser Alexander III.

Czerwony Baron podczas swej służby został odznaczony licznymi medalami i odznaczeniami państw niemieckich wchodzących w skład Rzeszy oraz austriackimi, tureckimi i bułgarskim.

 

Willa przy ul. Sikorskiego: łuszcząca się farba, stare okna, kołatki w kształcie lwich głów. Żadnej tabliczki, najmniejszego śladu, że mieszkał tu Manfred von Richthofen, as niemieckiego lotnictwa, najsłynniejszy pilot I wojny światowej, zwany "Czerwonym Baronem".
Ale fani z całego świata i tak wiedzą. Jerzy Pawelski, emeryt, cierpliwie oprowadza ich po okazałym domu, który władza ludowa podzieliła na klitki wyłożone linoleum. A oni pytają: "Czy ta lampa to po baronie?", "Gdzie są jego medale?", "Czy z tego balkonu żegnała go matka?".
Suzanne Hayes, która pisała książkę o Richthofenie, uparła się, że między pietruszką są pamiątki po lotniku. Pan Jerzy przekopał ogródek. Daremnie. Poprosiła więc o pamiątkę z domu. Ze stuletnich drzwi wydłubał kolorowe szkiełko.
Amerykanka przesłała mu książkę, z podziękowaniami. Napisała, że przeleciała zabytkowym samolotem nad miejscem, w którym zginął "Czerwony Baron", i zrzuciła tam kwiaty.

Jego eskadra myśliwców z przeciętnej jednostki stała się słynnym latającym cyrkiem Richthofena. Piloci o akrobatycznych umiejętnościach, wśród których prym wiódł Manfred i jego młodszy brat Lothar, strącili 350 wrogich samolotów. Absolutny rekord wśród latających jednostek.

Brat jako pierwszy zbliżył się do przeciwnika. Zaatakował, a ja w tym czasie ruszyłem na drugiego. ( ... ) Byliśmy sami i mogliśmy stanąć twarzą w twarz. Krótka salwa i maszyna wroga rozpadła się na kawałki. Nigdy jeszcze nie odniosłem tak szybko zwycięstwa.

Stał się znany nie tylko dzięki męstwu, ale i swojej maszynie. Trójpłatowy fokker dla fantazji kazał przemalować na jaskrawoczerwony kolor. Francuzi nazwali go Czerwonym Diabłem, Brytyjczycy - Czerwonym Baronem. Gdy za jego głowę wyznaczyli nagrodę - kilka tysięcy funtów - cała eskadra przemalowała maszyny na czerwono.
Niewiele wiadomo o jego życiu prywatnym. W pamiętnikach wspomina Świdnicę, rodzinę i ukochanego psa Moritza, którego zabierał ze sobą ("był bardzo zainteresowany, spoglądając na świat z góry").
O kobietach ani zdania. Liczyło się tylko latanie. Wrócił za stery nawet po poważnym postrzale w głowę.
Byłbym nieszczęśliwy, gdybym teraz, okryty chwałą i medalami, czerpał korzyści ze swej sławy, żyjąc na tyłach. I to w czasie, gdy każdy biedny chłopak w okopach, który spełnia swój obowiązek tak jak ja, jakoś wytrzymuje. 21 kwietnia 1918 roku rano Richthofen poprowadził "latający cyrk" do kolejnej walki. W południe do bazy nie wrócił tylko jeden samolot - dowódcy. Zginął nad doliną Sommy, mając zaledwie 26 lat. Brytyjczycy pochowali go z wojskowymi honorami, kłócąc się, komu z nich udało się zestrzelić legendę. Do dziś tego nie wyjaśniono, co tylko podsyca legendę. Kolejne hipotezy na temat jego śmierci pojawiły się ostatnio na kanale Discovery.

tablica czerwony baronPodczas całego swojego życia nie miałem lepszego terenu do polowań, jak podczas bitwy nad Sommą.
( ... ) Za każdym razem, kiedy startowaliśmy, trafialiśmy na jakąś walkę. Często staczaliśmy w powietrzu prawdziwe boje. Czasem zdarzało się nawet od czterdziestu do sześćdziesięciu angielskich maszyn, ale na ogół składało się tak niefortunnie, że Niemcy byli w mniejszości i wtedy bardziej liczyły się umiejętności niż ilość.

W Świdnicy, gdzie dziś stoi Tesco, było niewielkie lądowisko, na które przylatywał, odwiedzając rodzinę.
W 1917 roku miasto witało go kwiatami. Jego nazwisko nosił klub sportowy i ulica z rodzinnym domem. Po jego śmierci matka urządziła w rodzinnej willi muzeum syna. Na piętrze obok odtworzonego pokoju nastolatka znalazły się wojenne trofea, tabliczki z zestrzelonych maszyn, stolik i lampa z części samolotów, telegramy z frontu, gazety donoszące o sukcesach.

Eksponaty zaginęły w 1945, gdy wkroczyła Armia Czerwona. Polska Ludowa muzealne sale zamieniła na mieszkania.

Aneta Augustyn - 2006-10-27 - gazeta wyborcza